Trump musi ogłosić zwycięstwo w sprawie Iranu, zanim sytuacja wymknie mu się spod kontroli
Sztuka zawierania umów... w końcu
Istnieje pewien rodzaj politycznego teatru, który tylko Waszyngton potrafi wystawiać z takim entuzjazmem. Angażuje on prezydenta, który bez końca mówi o wygrywaniu, gabinet lojalistów spędzających czas na strofowaniu sojuszniczych narodów za niedostateczną wdzięczność oraz niestabilną sytuację na Bliskim Wschodzie, która po cichu wymyka się spod kontroli wszystkich zainteresowanych. Witamy w obecnym stanie amerykańskiej polityki zagranicznej, gdzie retoryka jest głośna, ale strategia pozostaje niepokojąco niejasna.
Prezydent Trump znajduje się na rozdrożu, do którego wydaje się nie chcieć przyznać. Sytuacja z Iranem, Izraelem i całym Bliskim Wschodem wymaga nie hucznych zapowiedzi, lecz precyzji. A jednak precyzja nigdy nie była znakiem rozpoznawczym podejścia tej administracji do spraw międzynarodowych.
Izrael: Sojusznik, którego nikt nie odważy się zakwestionować
Zacznijmy od słonia w pokoju, a raczej od sojusznika w regionie, który wydaje się działać z niezwykłą swobodą. Działania militarne Izraela eskalowały do punktu, w którym nawet najbardziej przychylni obserwatorzy zaczynają czuć się nieswojo. Koszty humanitarne są zatrważające, reperkusje dyplomatyczne rosną, a im dłużej to trwa, tym trudniej komukolwiek udawać, że jest to kontrolowana i proporcjonalna odpowiedź.
Dla Trumpa naprowadzenie Izraela na właściwe tory nie oznacza porzucenia sojusznika. Chodzi o zrozumienie, że niekontrolowana kampania wojskowa nie służy interesom amerykańskim, izraelskim ani nikomu, kto ma nadzieję uniknąć szerszego pożaru w regionie. Nie ma nic antyizraelskiego w sugestii, że być może odrobina powściągliwości byłaby wskazana. Można wręcz twierdzić, że jest to najbardziej proizraelskie stanowisko, jakie można przyjąć, biorąc pod uwagę, że alternatywą jest spirala, która nie przynosi korzyści nikomu poza tymi, którzy czerpią zyski z chaosu.
Jednak sugerowanie powściągliwości rządowi znajdującemu się w środku operacji wojskowej wymaga odwagi politycznej. Wymaga prezydenta skłonnego do przeprowadzenia trudnej rozmowy z bliskim sojusznikiem. I wymaga odejścia od wygodnej narracji, że jakakolwiek krytyka polityki Izraela jest w jakiś sposób aktem zdrady.
Iran: Ogłoś zwycięstwo i idź dalej
Potem jest Iran. Podejście administracji Trumpa do Teheranu było mistrzowską lekcją eskalacji bez rozwiązania. Nakładano sankcje. Wystosowywano groźby. Napięcia rosły i malały niczym na wyjątkowo stresującym monitorze pracy serca. Ale konkretna umowa? Konkretna ścieżka do deeskalacji? Tego wyraźnie brakuje.
Oto sprawa z zawieraniem umów, w czym Trump rzekomo przoduje: w pewnym momencie trzeba faktycznie tę umowę zawrzeć. Nie można w nieskończoność zwiększać presji i oczekiwać, że druga strona po prostu skapituluje, podczas gdy ty będziesz świętować zwycięstwo. Dyplomacja to nie negocjacje w sprawie nieruchomości, gdzie można odejść i czekać na lepszą ofertę. Stawką są życia ludzkie, a nie marże zysku.
Ironią jest to, że Trump znajduje się prawdopodobnie w silniejszej pozycji, niż sobie zdaje sprawę. Kampania wywierania presji na Iran przyniosła realne efekty. Gospodarka Teheranu jest pod poważną presją. Istnieje szansa, by usiąść do stołu, wynegocjować coś znaczącego i tak, ogłosić to zwycięstwem. Ponieważ w dyplomacji umowa, która zapobiega konfliktowi, jest zwycięstwem, nawet jeśli nie wiąże się z ceremonią przecinania wstęgi i okolicznościową monetą.
Jednak okno możliwości nie pozostanie otwarte w nieskończoność. Każdy dzień bez postępu to dzień, w którym twardogłowi po obu stronach zyskują przewagę, w którym błędna kalkulacja staje się bardziej prawdopodobna i w którym sytuacja zbliża się do punktu, z którego nie ma odwrotu.
Problem z lokajami
Tymczasem chór przedstawicieli administracji wykrzykujących uwagi pod adresem tak zwanych niewdzięcznych sojuszników nikomu nie pomaga. Pete Hegseth i inni zaczęli publicznie strofować partnerów z NATO i inne sojusznicze kraje tonem sugerującym, że wierzą, iż międzynarodowe sojusze działają jak program lojalnościowy w restauracji. Zrób wystarczająco dużo, a zbierzesz punkty. Popełnij błąd, a zostaniesz publicznie upokorzony.
To podejście jest, dyplomatycznie rzecz ujmując, przeciwskuteczne. Sojusznicy to nie podwładni. To suwerenne narody z własnymi presjami wewnętrznymi, własnymi kalkulacjami strategicznymi i własnym elektoratem. Traktowanie ich jak nieposłusznych pracowników, których trzeba surowo pouczyć, nie jest zachowaniem światowego lidera. To zachowanie kogoś, kto pomylił przywództwo z zarządzaniem, i to zarządzaniem bardzo kiepskim.
Z perspektywy Wielkiej Brytanii obserwowanie tego procesu jest szczególnie niekomfortowe. Brytania od dawna pozycjonuje się jako pomost między USA a Europą, co staje się znacznie trudniejsze, gdy amerykańska strona tego mostu płonie, a osoba trzymająca zapałki upiera się, że wszystko jest w porządku.
Zegar tyka
To, co czyni obecny moment tak niepewnym, to zbieżność wielu punktów zapalnych. Kwestia nuklearna Iranu nie zniknęła. Izraelskie operacje wojskowe nadal wywołują międzynarodowe oburzenie. Potęgi regionalne przeliczają swoje pozycje. A przez to wszystko USA wydają się działać na autopilocie, zastępując twarde decyzje twardymi słowami.
Trump zawsze wolał pozory siły od bardziej skomplikowanej rzeczywistości strategicznego kompromisu. Ale Bliski Wschód nie przejmuje się pozorami. To region, w którym błędy w kalkulacjach mają konsekwencje, które odbijają się echem przez dekady, gdzie dzisiejsza ostra retoryka staje się jutrzejszym zakorzenionym konfliktem i gdzie brak dyplomacji nie tworzy próżni, lecz pożywkę dla eskalacji.
Prezydent musi zrobić coś, co nie przychodzi mu naturalnie: wycofać się z polityki opartej na pozorach, przeprowadzić szczere rozmowy zarówno z sojusznikami, jak i przeciwnikami oraz położyć na stole wiarygodne ramy deeskalacji. Nie w przyszłym miesiącu. Nie po następnym cyklu informacyjnym. Teraz.
Spojrzenie zza Atlantyku
Dla nas, obserwujących to z Wielkiej Brytanii, stawka jest niezwykle namacalna. Niestabilność na Bliskim Wschodzie wpływa na ceny energii, wzorce migracyjne, kalkulacje bezpieczeństwa i szerszy porządek międzynarodowy, od którego zależy Wielka Brytania. Jesteśmy w to zaangażowani, czy nam się to podoba, czy nie.
Brytyjski rząd dobrze by zrobił, wykorzystując wszelkie pozostałe kanały dyplomatyczne, aby uświadomić Waszyngtonowi pilność sytuacji. Nie z uniżonością, która czasem charakteryzuje "specjalne relacje", ale ze szczerością, którą winni sobie prawdziwi sojusznicy. Jeśli twój przyjaciel ma zaraz spaść w przepaść, uprzejmością nie jest chwalenie jego stylu jazdy.
Trump ma okazję osiągnąć tutaj coś naprawdę znaczącego. Porozumienie z Iranem. Rekalibrację relacji z Izraelem, która służy długoterminowej stabilności, a nie krótkoterminowej wygodzie politycznej. Dowód na to, że amerykańskie przywództwo oznacza coś więcej niż tylko amerykański hałas.
To, czy skorzysta z tej okazji, czy pozwoli, by wydarzenia go wyprzedziły, zdefiniuje nie tylko dziedzictwo polityki zagranicznej jego prezydentury, ale także krajobraz bezpieczeństwa na lata. Zegar tyka, a w tej chwili nikt nie wydaje się nosić zegarka.
Przeczytaj oryginalny artykuł na stronie źródło.

No comments yet. Be the first to share your thoughts.