Skromny Dzień Zwycięstwa Putina: Mniej Czołgów, Więcej Żalów i Zawieszenie Broni, Które Ledwo Przetrwało Lunch
Putin zaatakował NATO podczas okrojonej parady z okazji Dnia Zwycięstwa, bez czołgów, z nielicznymi gośćmi i zawieszeniem broni, które rozpadło się w kilka godzin.
Moskiewska parada z okazji Dnia Zwycięstwa to zazwyczaj ogłuszający pokaz opancerzonego sprzętu i choreografowanego patriotyzmu. W tym roku? Zapomnijcie o spektaklu militarnym, bo bardziej przypominało to niezręczne rodzinne spotkanie, na które lista gości mieściła się spokojnie na jednej kartce A4.
Parada na diecie
Po raz pierwszy od prawie dwóch dekad żaden czołg nie przetoczył się przez Plac Czerwony i żaden pocisk balistyczny nie zaciemnił widoku na bruk. Całe widowisko trwało około 45 minut, co jak na standardy Kremla jest tempem iście ekspresowym. Skoro ponad cztery lata mielącej wojny na Ukrainie pochłonęły sporą część sprzętu, być może łatwiej było zostawić ciężki metal w warsztacie.
Co zatem maszerowało? Oczywiście rosyjscy żołnierze, obok wojskowych z kilku zaprzyjaźnionych krajów. Najbardziej zaskakujący kontyngent stanowili żołnierze z Korei Północnej, biorący udział w paradzie po raz pierwszy. Zważywszy, że Kijów i Seul szacują, iż Pjongjang wysłał ponad 10 000 żołnierzy do walki po stronie Rosji, ich obecność na Placu Czerwonym miała smak nie tyle ceremonii, co podziękowania odśpiewanego przy akompaniamencie orkiestry dętej.
Przemówienie Putina: ta sama śpiewka
Rosyjski prezydent wykorzystał swoje coroczne wystąpienie do ataku na NATO, oskarżając sojusz o wspieranie "agresywnej siły" na Ukrainie. Było to w istocie przetworzone uzasadnienie tego, co Kreml wciąż upiera się nazywać "specjalną operacją wojskową", mimo że owa operacja wkroczyła już w piąty rok.
Jak zawsze Putin mocno opierał się na pamięci o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej i zawrotnej liczbie 27 milionów obywateli radzieckich, którzy zginęli pokonując nazistowskie Niemcy. Łączenie tej świętej historii z obecną wojną na Ukrainie to od dawna retoryczny chleb powszedni Putina, i nie zamierzał on teraz zmieniać receptury.
Lista gości: krótka, lekko żenująca
Zeszłoroczne obchody 80. rocznicy podobno przyciągnęły 27 zagranicznych przywódców, w tym Xi Jinpinga z Chin i brazylijskiego Lulę. Tegoroczna frekwencja była, dla porównania, na tyle skromna, że protokolanci kremlewscy musieli zaciskać zęby.
Wśród potwierdzonych uczestników znaleźli się:
- Białoruski prezydent Aleksander Łukaszenko, wierny satelita jak zawsze
- Kassym-Jomart Tokajew z Kazachstanu
- Szawkat Mirzijojew z Uzbekistanu
- Malezyjski sułtan Ibrahim
Słowacki premier Robert Fico również się zjawił, choć warto odnotować szczegół, który niektóre wczesne doniesienia pomyliły: słowaccy urzędnicy powiedzieli, że Fico planował spotkać się z Putinem i złożyć kwiaty przy Grobie Nieznanego Żołnierza, ale ominąć samą paradę na Placu Czerwonym. Tak czy inaczej, jego obecność jako jedynego przedstawiciela UE gotowego wychylić się poza szereg wiele mówi o tym, gdzie Bratysława sytuuje się na europejskiej mapie politycznej.
A co z zawieszeniem broni?
Nad paradą wisiało trzydniowe zawieszenie broni, ogłoszone przez Donalda Trumpa w piątek po rozmowie telefonicznej z Putinem. Porozumienie podobno obejmowało wymianę 1000 jeńców, co brzmi obiecująco, dopóki nie przypomnimy sobie, że Ukraina proponowała znacznie dłuższe, 30-dniowe zawieszenie broni od 6 maja, które Moskwa odrzuciła machnięciem ręki.
Krótkie zawieszenie broni nie przetrwało nawet uroczystości. Rosyjskie ministerstwo obrony oskarżyło Ukrainę o jego naruszenie w ciągu kilku godzin od zakończenia parady, a Kijów odpowiedział podobnymi zarzutami. Teatr dyplomatyczny okazał się mieć krótszy przebieg niż defilada na Placu Czerwonym.
Internet wyłączony
Pomyślcie przez chwilę o zwykłych Rosjanach, z których wielu spędziło Dzień Zwycięstwa, wpatrując się w martwe ekrany telefonów. Władze podobno wyłączyły dane mobilne i internet na rozległych obszarach kraju jako środek bezpieczeństwa przeciwko ukraińskim dronom. Władywostok, oddalony o około 9000 km od Moskwy i leżący zdecydowanie poza zasięgiem dronów, podobno też ucierpiał. Nieźle jak na jednoczące święto narodowe, gdy połowa kraju nie może załadować transmisji na żywo.
Dlaczego to ma znaczenie dla polskich czytelników
Można by pokusić się o odłożenie tego do szuflady z napisem "daleka geopolityka", ale kilka wątków dotyka naszych interesów bezpośrednio.
Po pierwsze, narracja NATO. Obarczanie przez Putina sojuszu odpowiedzialnością za wojnę to nie tylko retoryka dla krajowego użytku. Kształtuje klimat polityczny, w którym zapadają decyzje o wydatkach na obronę, wsparciu dla Kijowa i naszej postawie na wschodniej flance. Im bardziej Moskwa maluje NATO jako agresora, tym trudniejsze staje się pole do negocjacji.
Po drugie, wątek północnokoreański. Kraj-pariah z bronią jądrową, otwarcie wysyłający wojska do europejskiej wojny, to genuinely nowy i niepokojący precedens. Rodzi też pytania o to, co Pjongjang dostaje w zamian: technologię rakietową, żywność, gotówkę? Żadna z tych odpowiedzi nie jest uspokajająca.
Po trzecie, zawieszenie broni, którego nie było. Ktokolwiek miał nadzieję, że zaangażowanie administracji Trumpa przyniesie szybkie rozwiązanie, powinien studzić oczekiwania. Trzydniowe zawieszenie broni, które upada pierwszego dnia, to nie materiał na przełomową dyplomację.
Odczytywanie sygnałów
Jeśli parada z okazji Dnia Zwycięstwa ma projektować siłę, ta wyemitowała coś o wiele ciekawszego: Kreml wciąż zdolny do zorganizowania spektaklu, ale coraz bardziej uzależniony od kurczącego się kręgu sojuszników i niezdolny do demonstrowania tego samego sprzętu co kiedyś. Ściąganie północnokoreańskich żołnierzy, by maszerowali obok rosyjskich, to nie gest pewności siebie. To gest konieczności.
Przemówienie Putina próbowało przykryć to zwykłą mieszanką historycznej grandilokwencji i ataków na NATO. Obrazy mówiły inną historię.
Podsumowanie
Parada 2026 roku będzie pamiętana nie tyle za to, co pokazała, ile za to, czego nie pokazała. Żadnych czołgów. Żadnych pocisków. Niewielu zagranicznych ciężkich graczy. Zawieszenie broni, które ledwo przeżyło końcowe fanfary. I północnokoreański oddział nadający całemu wydarzeniu głęboko niezręczną symbolikę.
Dla Putina Dzień Zwycięstwa pozostaje kluczowym elementem politycznego teatru. Ale teatr potrzebuje publiczności, a ta w tym roku była wyraźnie mniej liczna. Czy to dociera do Kremla, czy po prostu zostaje wchłonięte przez kolejną rundę przemówień pełnych żalów, trudno powiedzieć. Nie stawiałbym na to drugie.
Przeczytaj oryginalny artykuł na stronie zrodla.
